Title: Part 17. - Choinka...
Date: 2005-12-23
Time: 14:06:38
Comments: skomentuj (4)
Author: Trin
++Uwaga!++
++Autor tego czegoś [nie wiem jak nazwać to "coś"] nie odpowiada za stałe urazy w psychice czytelnika!++
Ho, ho, ho! Wesołych świąt! Notka nie wyszła tak dobrze jakbym chciałam, ale jest jaka jest. Zależało mi na tym, żeby napisać ją i wstawić jako prezent dla tych kilku czytelników. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia notka jest kilka wersów dłuższa…
2 grudnia 1974, dormitorium Huncwotów
Siedzieliśmy i myśleliśmy (no, przynajmniej niektórzy) jak przerobić to nasze przedstawienie. Nic nie przychodziło nam do głów. Kompletna pustka. Zapanowała cisza.
- A może poprosić Dumbledore’ a o ten szlaban, co? – zapytał James.
- Z bambusa spadłeś?! To był, przecież twój pomysł, kretynie! – warknęłam.
- Nie wyłgasz się już z tego. Będziesz siedzieć i kombinować co zrobić! – dodała Naja.
James głośno przełknął ślinę.
- Może wymyślimy coś nowego? – zaproponował Syriusz.
- Co na przykład? – zapytała złośliwie Mary.
- Triny coś wymyśli. Prawda, Triny? – zapytał James trzepocząc rzęsami.
- Jasne. James, zrób coś dla mnie – powiedziałam.
- Co? – zapytał wykonując dalej ową denerwującą czynność.
- Przestań trzepotać rzęsami, bo wyglądasz jak idiota – odpowiedziałam.
- Triny, on zawsze tak wygląda – odrzekła Mary.
- Fakt, ale teraz było jeszcze gorzej – rzekła Naja.
James przestał trzepotać rzęsami.
Razem z dziewczynami zeszłam do Pokoju Wspólnego, aby w spokoju napisać scenariusz. Nie było jednak nam to dane ze względu na to, że fanklub zbliżał się niebezpiecznie. Dziewczyny zbliżały się od strony dormitoriów żeńskich. Na razie nas jeszcze nie widziały.
- Mam plan – powiedziałam cicho.
- Jaki? – zapytała Mary.
- Spokojnie idziemy, żeby nie rzucać się w oczy, to damskiej łazienki – wyjawiłam.
- Niech będzie – zgodziły się.
Wstałyśmy i skierowałyśmy się do łazienki. Serca waliły nam jak młoty, z czoła kapały krople potu. No dobra, nie działo się ani to, ani to, ale trzeba było nadać temu trochę dramatyczny, nie?
Doszłyśmy do kryjówki, weszłyśmy i zamknęłyśmy za sobą drzwi. Mało brakowało.
- Udało się – mruknęła Naja.
- Słyszycie te głosy? – zapytała Mary.
- Tak, a co?
- To one! Wszędzie rozpoznam te piskliwe głosiki! – mruknęła Mary.
- Co teraz? – zapytała Naja.
- Do kabiny! Biegiem! – powiedziałam.
Zamknęłyśmy się w kabinie. Szkoda, że w tej samej. Kabiny są strasznie małymi pomieszczeniami. Prawie nie miałam czym oddychać.
Drzwi łazienki otworzyły się.
- Gdzie one mogą być? – usłyszałam.
- Szukałyśmy już wszędzie!
- Może schowały się w kabinie?
- Zwariowałaś?! One są na to za mądre! – zaprzeczyła od razu któraś.
- To idziemy dalej.
Wyszły. Na szczęście.
- To możemy już chyba wyjść – stwierdziła Mary.
- Kto może ten może – burknęłam. Te kabiny są zdecydowanie za ciasne.
- Triny, otwórz drzwi, stoisz najbliżej – powiedziała Naja.
- Niby jak? Zębami?! Ręce mi przygniatacie – oznajmiłam.
- To jak stąd wyjdziemy? – zapytała Mary.
- Tu chyba leży istota naszego problemu – odpowiedziała Naja.
- Nie mamy dzisiaj szczęścia – westchnęłam.
- Muszę skorzystać z toalety – wtrąciła cicho Naja.
- Stoisz obok arcydziełu architektury potoczenie nazywanego „kiblem” – odpowiedziałam.
- Tak, gdybym jeszcze mogła z niego skorzystać. Mary, ty masz szczęście, stoisz w takim miejscu, w którym można wykorzystać kibel – westchnęła Naja.
- Przykro mi – rzekła Mary.
- Mnie też – powiedziała biedaczka, która nie mogła skorzystać z toalety.
- Mam nadzieję, że się nie posikasz – powiedziałam.
- Nadzieja matką głupich – odrzekła Mary.
- Wymyślmy coś do przedstawienia, może zapomnę o moim pęcherzu – powiedziała Naja.
- Dobry pomysł – stwierdziłam.
- To od czego zaczynamy? – spytała Mary.
- Najlepiej od początku – rzekła Naja.
Zaczęłyśmy wymyślać, o pisaniu nie było mowy. Nie zdążyłyśmy wymyślić obsady, gdy ktoś wszedł do pomieszczenia, w którym znajdowało się nasze więźnie (jak to dramatycznie brzmi). Zaczęłyśmy się wydzierać.
- Pomocy, pomocy kibel nas zżera! – wydarłam się.
- Nic nas nie zżera – burknęła Mary.
Drzwi kabiny otworzyły się. Naszym oczom ukazały się Dina.
- Czemu zamknęłyście się w kabinie? – zapytała.
- To długa historia i z pewnością nie chcesz jej słuchać – odpowiedziałam.
- Skoro tak mówisz – rzekła Dina. Odeszła od drzwi, weszła do innej kabiny i zamknęła się.
- Wolność! – krzyknęła Mary.
Gdy tylko ja i Mary wyszłyśmy, Naja zamknęła drzwiczki i podejrzewam, że skorzystała z dobrodziejstw toalety.
Usiadłyśmy w fotelach w Pokoju Wspólnym i zapisywałyśmy to co wymyśliłyśmy. A było co spisywać. Następnie ustaliłyśmy obsadę. Nie wiem czy „aktorzy” będą tym zachwyceni, ale nie mają wyboru.
2 grudnia 1974, dormitorium Huncwotów
- Ha! White gra rolę męską ! – wydarł się Syriusz.
- A ty żeńską – odgryzła się Mary.
Syriuszowi uśmiech spełzł z twarzy.
- Zamienisz się? – zapytał.
- Nie, bo ja gram kluczową rolę, a ty byś zniszczył całe przedstawienie! – krzyknęła.
- Nie prawda! – powiedział Syriusz.
Zaczęli się kłócić, ale mniejsza z tym. James również nie mógł się pogodzić z rolą żeńską. Marudził, jęczał dopóki mu nie przypomniałam, że to przez niego musimy odstawiać to całe przedstawienie. Remus nie narzekał, mimo, że też musiał grać boginię.
6 grudnia 1974, Wielka Sala
- Witajcie, uczniowie! Dzisiejsza kolacja, jak już wczoraj mówiłem, będzie dość nietypowa. Nie wiecie jednak dlaczego. Ale już to wyjaśniam. Dzisiaj odbędzie się pewne przedstawienie. Aktorzy przedstawią się po spektaklu. A teraz czas zacząć! – powiedział Dumbledore.
W Wielkiej Sali stoły były rozsunięte, na środku zrobiono scenę. Mary przemknęła na swoje miejsce zanim zapaliły się światła na stół grający w przedstawieniu. Światła rozświetliły miejsce, w którym stała.
- Witamy na Olimpie! – zagrzmiała Mary. – Zwą mnie Musem*, znaczy Zeusem. Będziecie świadkami uczty bocianów, tfu bogów olimpijskich! Właśnie nadchodzą! – krzyknęła.
W sali było cicho, wszyscy patrzyli, chyba byli zbyt oszołomieni, żeby się śmiać. Na scenę zaczął wchodzić Syriusz owinięty w prześcieradło, na głowie miał perukę.
- Oto moja zmora, znaczy żona Hera – oznajmił trochę markotnie Zeus.
Hera usiadła na swoim miejscu. Do kręgu światła wkroczyli Remus i Peter, a raczej Persefona i Hades.
- Hades i Persefona! Władcy świata ludzi marnych, znaczy zmarłych! – krzyknął najwyższy z bogów.
Hades potknął się o swoją, zbyt długą szatę i przewrócił się. Persefona jako uczynna żona próbowała pomóc mu wstać. Remusowi peruka spadła z głowy, ale złapał ją w porę i nałożył, tył na przód.
- Drobne problemy techniczne – powiedziała złośliwie Mary.
Razem z Nają zaczęłyśmy pokazywać Remusowi na migi, że ma źle włożoną perukę. Na szczęście odczytał znaki dymne.
Jednak wreszcie władcy świata ludzi marnych dotarli na miejsca.
- A teraz dwie piękne damy i upiór, chciałem powiedzieć trzy piękne damy – poprawił się Zeus. – Wszystkie z imionami na literę „a” – dodał złośliwie. – Artemida, Atena i Afrodyta.
Wyszłam razem z Nają. Przeszłyśmy z gracją i usiadłyśmy na swoich miejscach. James szedł niepewnie, był dużo z tyłu. Niestety nie pozwoliłyśmy mu założyć okularów. Afrodyta przewracając wszystko po drodze znalazła się na odpowiednim krześle.
- Jeśli już wszyscy jesteśmy zajmijmy się bardzo poważnym problemem: jaką to katastrofę zrzucić na ludzkości? – zapytał Zeus.
- Proponuję ogień. Mam nadzieję, że spali im włosy i przestaną nosić te tragiczne fryzury – powiedziała spokojnie Artemida.
- Ogień powiadasz? Interesujące spostrzeżenie. Możemy to wypróbować. – Mary podpaliła zaklęciem stół Slitherinu i włosy Afrodyty.
Dumbledore po chwili zainterweniował i machnięciem różdżki ugasił pożar.
- Sądzę, że woda byłaby odpowiedniejsza. Jak będziemy mieć szczęście to się potopią – wypowiedziałam moją krótką kwestię.
- Wspaniała propozycja – rzekła Mary. – Podejrzewam, że mogłoby to nam bardzo ułatwić życie. – Ślizgoni zaczęli się zasłaniać czym popadnie. Jednak powódź dopadła Krukonów i Afrodytę oczywiście. Podejrzewam, że tej ostatniej to nie zaszkodzi, bo w końcu narodziła się z morskiej piany.
- Zapomniałem tekstu – wyszeptał James.
- Kretyn – mruknęła Mary.
Naja tym czasem wyczarowała karteczkę z tekstem James i podetknęła mu pod nos. Zapomniała o tym, że James nie wziął okularów. Powiększyłam kartkę.
- Niech poznają smak wichury. Może ich zwieje z krawędzi świata! – przeczytał.
- Jeżeli sądzisz, że to pomoże. – Zdmuchnęło Puchonów, niektórzy próbowali trzymać się krzeseł. Warto wspomnieć, że James też otrzymał powiew świeżego powietrza, w dodatku prosto w twarz. Mary cofnęła zaklęcie.
- Jeszcze jakieś propozycje? – zapytała.
Zgodnie pokręciliśmy głowami.
- A więc ogłaszam koniec obrad! Jedzmy!
Zaczęliśmy udawać, że ze smakiem jemy plastikowe owoce.
Rzuciłam moim jabłkiem, bo nie zbyt ładnie pachniało, przypadkiem trafiłam w Jamesa. Chciał mi oddać, ale trafił w Naję. Artemida rzuciła w Herę, Syriusz w Zeusa, a Mary w publiczność. W Wielkiej Sali rozpętała się wojna na jedzenie. Wycofaliśmy się po cichu. Nigdy więcej żądnych przedstawień! Nigdy!
Po przedstawieniu udawaliśmy, że nie mamy z nim nic wspólnego (co łatwe nie było, bo fanklub nas rozpoznał, ale przekupiłyśmy je zdjęciami z autografem z podpisem „Dla podłych małp od Naji i Triny”). Oprócz fanklubu rozpoznało nas jeszcze kilka osób, ale po zapewnieniu, że to nie my zwykle odpuszczali. Wyłamała się tylko jedna persona, jednak mam dar przekonywania ludzi („Mi nie wierzysz?! Mi?!”). Inscenizacja podobała się tylko gryfonom, gdyż jako jedyni nie doznali obrażeń fizycznych, a jedynie psychiczne.
Nim się obejrzeliśmy przyszły święta. Na ochotnika zgłosiliśmy się do ubierania choinki w Pokoju Wspólnym.
- James, czemu postawiłeś choinkę tuż przed kominkiem? – zapytałam spokojnie.
- W tym miejscu ładnie wygląda – oznajmił.
- Po pierwsze: wcale nie, po drugie: chcesz spłonąć?! – krzyknęłam.
- A tam, zaraz spłonąć.
Bezlitośnie przelewitowałam drzewko w kąt pokoju. Raz, czy dwa choinka wylądowała na Jamesie.
- Ale ona tam jakoś mizernie wygląda – stwierdził Syriusz.
- Mizernie?! – wydarła się Mary.
- Tak, bo co?! – krzyknął dzielnie Syriusz.
Dalszego ciągu chyba opisywać nie muszę. Jednak jako bonus świąteczny Syriusz musiał upaść akurat na pudełka z bombkami. Cóż za cudowny dzień.
- To twoja wina, White!
- Moja wina?! To twoja wina, kretynie!
Syriusz i Mary znów zaczęli się kłócić. Peter spróbował, nie rzucając się w oczy, naprawić bombki. Skierował koniec różdżki ku mniejszemu pudełku i mruknął „Reparo”. Efekt był taki, że fragment jednej ozdoby skleił się z fragmentem innej. Mieliśmy pudło różnokolorowych bombek. Na szczęście drugim opakowaniem zajęłam się ja. Gorzej być nie mogło, przynamniej tak mi zdawało.
- James, ta bombka nie może tu wisieć!
- A niby to czemu!? – zapytał.
- Nie pasuje!
- Masz coś przeciwko mojej bombce!?
- Tak!
- A co!?
- Nie powiesz mi chyba, że największa bombka może wisieć na samej górze!?
- A jak ci powiem!?
- Triny, James możecie się choć raz nie kłócić? – zapytał Remus.
- Niech ci będzie. James, idioto, gdzie wieszasz tę bombkę?! – krzyknęłam.
- Na choince! - krzyknął James.
Rozpętało się jeszcze kilka kłótni na temat ozdobienia choinki.
- Nie możesz powiesić czerwonego łańcucha z zielonym, bo się gryzą – warknęła Mary.
- Zwariowałaś?! Łańcuchy nie mają zębów nie mogą się gryźć, White – prychnął Syriusz.
- Ale kolory mogą, zielony i czerwony nie pasują do siebie – oznajmiła panna White.
- Nie ma to jak święta – westchnęłam.
- Tak, wszyscy się godzą, nie ma kłótni – zauważyła Naja.
- Black, ty palancie! – krzyknęła Mary.
- Nikt się na nikogo nie wydziera – dodałam.
*na początku chciałam napisać „zusem”, ale stwierdziłam, ze lepiej nie
Na początku chciałam ułożyć własne życzenia, ale jestem zbyt leniwa.
Wesołych świąt i wszystkiego najlepszego w nadchodzącym Nowym Roku!
Mało oryginalne, ale co tam…
Title: Part 16. - Poduszka...
Date: 2005-11-12
Time: 15:08:30
Comments: skomentuj (1)
Author: Trin
++Uwaga!++
++Autor tego czegoś [nie wiem jak nazwać to "coś"] nie odpowiada za stałe urazy w psychice czytelnika!++
Denne, jakby co ostrzegałam.
- Nic wam nie powiemy! Żadne tortury nas do tego nie zmuszą! – krzyknęła Naja.
- Nawet łaskotki? – zapytała któraś z dziewcząt z sadystycznymi skłonnościami.
- Nie! Tylko nie łaskotki! – wydarłam się.
- Poczekajcie tu chwilę! Pójdziemy znaleźć jakieś piórka! – Wyszły.
- Nie! – krzyknęła i wyciągnęłam ręce do góry w dramatycznym geście.
- Triny?
- Tak?
- Nie wiem czy zauważyłaś, ale przed chwilą wyciągnęłaś ręce ze sznurka.
- Tak? A to przepraszam – powiedziałam i z powrotem wsadziłam ręce w sznurek.
- Czemu muszę przyjaźnić się z takim głąbem? – westchnęła teatralnie Naja.
- Słucham?!
- Nic nie słyszałaś! Nic nie słyszałaś! – zaczęła mi machać ręką przed oczami niczym Jedi.
- Naja, nie jesteś Jedi.
- A szkoda – mruknęła.
Moja przyjaciółka dostała ode mnie po łbie za nazwanie mnie, cytuję „głąbem”.
Wstałyśmy.
- Chyba powinnyśmy wypuścić Mary – stwierdziłam.
Naja podeszła do szafy. Drzwi owego mebla otworzyły się z hukiem, a z szafy wyskoczyła Mary i wycelowała we mnie różdżką.
- Brońcie się! – krzyknęła.
- Aaa! – wydarłam się i skuliłam.
- Mary, to tylko my! – krzyknęła histerycznie Naja.
- Nie strzelać! – powiedziałam i razem z panną Morią zaczęłyśmy biegać w kółko.
- Pomocy! – rzekła Naja.
- Przestańcie wrzeszczeć i biegać w kółko! – krzyknęła Mary.
- I kto tu wrzeszczy – mruknęła urażona Naja.
- Dobra, musimy się gdzieś schować – wyjawiłam mój szatański plan, niedopracowany, ale szatański!
- Fakt, a gdzie poszły te małpoludy?! – zapytała Mary.
- Nie wiemy.
- Ja im dam wynosić się, gdy wymyśliłam taki podły plan! – w oczach Mary płonął ogień, więc postanowiłam go ugasić. Wyciągnęłam moje nieodłączne wiadro i wylałam wodę na pannę White.
- Triny!
- Co?
- Zwariowałaś?!
- Możliwe, ale teraz przynajmniej nie płoniesz.
- Co?
- Widziałam ogień!
- Gdzie?!
- W twoich oczach. bałam się, ze dywan spłonie i całe dormitorium, i zbiory naszego fanklubu!
- Jesteś genialna! – wydarła się Mary.
- Słucham?
- Spalmy to! Spalmy wasze fotografie i ich wszystkie notatki na wasz temat!
- Piromanka! – krzyknęłam.
- I kto to mówi? – zapytał Naja.
- Ja, naczelny piroman Hogwartu – przedstawiłam się.
- Od kiedy?
Spojrzałam na zegarek.
- Od dwóch, nie czekaj, trzech, czterech, pięciu, sześciu, siedmiu, ośmiu, dziewięciu... – zaczęłam mówić kiedy rozpoczęła się moja kadencja.
- Godzin? – zapytała Mary.
- Nie, sekund – odpowiedziałam.
- No to co? Pozbędziemy się tych śmieci? – zapytała z ogniem w oczach Mary.
- Mary, przestań płonąć! – wydarłam się.
- Dobra.
- Proponuję najpierw te śmieci znaleźć – wtrąciła się Naja.
- Jutro – powiedziałam.
Razem z Nają poszłyśmy do naszego dormitorium, które nadal było w ruinie. Carol, Tina i Sally spały już na korytarz.
Wszystkie trzy wlazłyśmy do pomieszczenia strzeżonego przez (chrapiące) smoki. Zamknęłyśmy drzwi na klucz.
- Dobra i co teraz? – zapytała Mary.
- Nie wiem – odpowiedziała Naja.
Nagle ktoś zaczął się dobijać do drzwi. W każdej chwili mógł je wyłamać.
- Jakieś pomysły? – zapytała Mary.
- Tak, ty otworzysz drzwi, a ja z Nają staniemy po obu stronach i będziemy bić nieproszonych gości poduszkami – powiedziałam.
- Niech będzie – zgodziły się.
Razem z Nają zaczęłyśmy się rozglądać za jakimiś poduszkami. W pewnym momencie przypomniało nam się, że Carol, Sally i Tina robiły porządki i wyniosły wszystko na korytarz. Skleroza nie boli, ale przeszkadza w życiu codziennym.
- Mary, tu nie ma żadnych poduszek! – krzyknęła rozpaczliwie Naja.
- A od czego jesteście czarownicami?!
- A no tak – wymamrotała Naja.
Wyczarowałyśmy przedmiot nie zbędny do wykonywania czynności zwanej spaniem. Stanęłyśmy na naszych pozycjach.
- No to na trzy – rzekła Mary. – Raz, dwa, trzy. – Otworzyła drzwi zaklęciem.
Razem z Nają zaczęłyśmy okładać napastników poduszkami.
- Triny, to tylko my! – wydarł się jeden z nich. Tylko czemu ma głos jak James?
Przestałyśmy ich bić.
- Co my takiego zrobiliśmy?! – zapytał Syriusz.
- Istniejecie – prychnęła Mary.
- Jak tu weszliście i co wy tu robicie?! – zapytałam.
- Jak weszliśmy to tajemnica – odpowiedział Łapa.
Mary znowu prychnęła. Może się przeziębiła?
- Nasz pokój ulega autodestrukcji! – wydarł się James.
- Chyba wasze mózgi – mruknęła Naja.
- Naja, co ty bredzisz? Oni nigdy nie mieli mózgów – powiedziałam.
- Cha, cha, cha – powiedział James.
- Bardzo śmieszne – skomentował Syriusz.
- Niezbyt, bo to przykre nie mieć mózgu – stwierdziła Naja.
- A teraz won! – Wypchnęłam ich za drzwi i z powrotem zamknęłam.
- Teraz musimy się zastanowić jak pozbyć się fanklubu – rzekła Mary.
- Sądzę… - zaczęłam.
- Triny, nie jesteś sędzią, więc nie możesz sądzić – wtrąciła Naja.
- Moim skromnym zdaniem… Lepiej? – zapytałam.
- Tak.
- Moim skromnym zdaniem powinnyśmy sobie wykombinować czarne płaszcze i okulary, żeby nikt nas nie rozpoznał! – wyraziłam swoją opinię.
- Mi się podoba! – zadeklarowała Naja.
- Może być – mruknęła Mary.
- A skąd je weźmiemy? – zapytała mademoiselle Moria.
- Nie wiem – odpowiedziałam.
- Naja, przecież to oczywiste! Bierzemy nitkę, igłę, nożyczki i materiał i płacze gotowe! – rzekła sarkastycznie Mary.
- Dobry pomysł! – pochwaliłam ją.
Wyczarowałyśmy potrzebne rzeczy i zaczęłyśmy szyć, tak jak mugole. Cięłyśmy materiał, zszywałyśmy, a potem rozpruwałyśmy, bo coś nie wyszło i tak w kółko. To chyba nie był najlepszy pomysł. Wtedy zobaczyłam, że Mary nie szyje.
- Czemu nic nie robisz?! – zapytałam.
- Och, pomyłam, że łatwiej byłoby to zrobić zaklęciem – odpowiedziała.
- Znasz odpowiednie do tego zaklęcia?! – zapytałam.
- Oczywiście.
- To czemu nam nie powiedziałaś?! – wydarła się Naja.
- Nie chciałam wam psuć dobrej zabawy – powiedziała jakby to było czymś oczywistym Mary.
- Aha, to miło z twojej strony.
- To zlituj się nad nami i zrób nam te płaszcze! – krzyknęłam.
Mary pomachała różdżką jakoś tak dziwnie. Kilka minut później ubrania były gotowe.
- Dzięki – powiedziałyśmy. Spojrzałam na zegarek. – Późno już.
- Mary, gdzie będziesz spać? – zapytała Naja.
- Naja, a my gdzie będziemy spać?! – zapytałam przyjaciółkę.
- Rozbijemy obóz! – Mary i jej wspaniałe pomysły…
Wyczarowałyśmy śpiwory.
- Co to za obóz bez ogniska? – marudziłam.
Mary wzięła świeczkę i postawiła na środku pokoju.
- Może być? – spytała.
- Upieczmy sobie kiełbaski! – zaproponowała Naja wyczarowując kije i kiełbaski.
Zaczęłyśmy robić sobie kolację.
- Nudno tak trochę – powiedziałam.
- Zaśpiewajmy coś! – krzyknęła Mary.
- A co? – zapytała Naja.
- To ze stokrotką polną! – zaproponowałam.
- Stokrotka rosła polna i coś tam, coś tam, coś! – zaczęłyśmy się wydzierać.
Widok był oszałamiający. Trzy wariatki piekły sobie kiełbaski nad świeczką i śpiewały piosenkę nie znając nawet słów.
Nagle kiełbaska Naji spadła na świeczkę gasząc ją. Nastała ciemność.
- Moja kolacja wpadła do ogniska! – krzyknęła Naja.
Zapaliłam zapalniczkę, zdjęłam owy pokarm ze świeczki i zapaliłam ją. Znowu miałyśmy piękne ognisko. Długo po tym zdarzeniu zaczęłyśmy jeść kolację. Nasze kiełbaski (nie wiem czemu) nadal były zimne. Podejrzana sprawa. Najadłyśmy się i poszłyśmy spać.
Rano nałożyłyśmy swoje płaszcze i zeszłyśmy do Pokoju Wspólnego. Wszyscy się na nas dziwnie gapili.
- Czemu oni się na nas gapią? – zapytałam cicho.
- Wiecie, niecodziennie widzi się trzy wariatki w czarnych płaszczach – odpowiedziała Mary.
- Ale przynajmniej nie wiedzą kim jesteśmy! – powiedziała Naja.
- Cześć, dziewczyny! Po co wam te czarne płaszcze? – zapytała Dina.
- Nie wiedzą mówisz? – zapytałam Naję.
Title: Wafelina
Date: 2005-10-15
Time: 14:22:02
Comments: skomentuj (4)
Author: Trin
++Uwaga!++
++Autor tego czegoś [nie wiem jak nazwać to "coś"] nie odpowiada za stałe urazy w psychice czytelnika!++
Jako iż pisanie notki o Triny strasznie wolno idzie umieszczam tu psychodeliczne "coś". Za wszelkie błędy przepraszam. Tekst został napisany już dawno.
Telefon komórkowy Simens S55 o pięknym imieniu Wafelina właśnie wstał. Wafelina założyła maskę z dwoma dziurkami na wyświetlacz, a na resztę obudowy założyła pelerynę. Jej słuchawkę zdobiło piękne sombrero, które kupiła podczas ratowania Meksyku przed Weri Ivil Telefonem. WIT (Weri Ivil Telefon) najwyraźniej nie wiedział, że pisze „evil”, a nie „ivil”. Wafelina przecisnęła się między dziwnym koszykiem z maskotkami a głośnikiem. Wielka Różowa Krowo-Gumka mruknęła do komórki:
- Powodzenia na Antarktydzie!
- Dzięki! – odkrzyknęła Wafelina.
Komórka właśnie leciała nad drukarką. Jednak zapomniała o rozsunięciu firanki i upadła z hukiem na podłogę. Właścicielka telefonu zerwała się z łóżka z krzykiem.
- To nie ja zjadłam te buty! – Trin ponownie zasnęła.
- Niech to szlag! – Wafelina zaklęła pod nosem, aż się ludziom ze zdjęcia, wyglądającym jak debile, włos zjeżył na głowie. Nawet komputer otworzył jedno oko, znaczy włączył swój monitor, aby wiedzieć co się dzieje.
- Wafelina przeklęła! – szepty rozchodziły się wśród mnóstwa maskotek i sprzętu elektronicznego. Mała porcelanowa laleczka zakryła sobie usta rękami. Wszelkiej maści słonie i świnka skarbonka patrzyły na naszą super bohaterkę ze zdziwieniem. Różowy kot, o wdzięcznym imieniu Tina, spojrzał ze współczuciem na Wafelinę.
Komórka próbowała rozsunąć firankę, jednak z marnym skutkiem. Próbowała wykombinować jak dostać się do okna. Próbowała różnymi drogami, jednak nic z tego! Wszystkie zabawki i sprzęt elektroniczny jej kibicowały.
- Wafelina! Wafelina! Wafelina! Uda ci się!
Nawet to nic nie dawało. Kalendarz z pewnością pokręciłby z politowaniem głową, jednak takowej nie posiadał. Radio spojrzało na wszystkich jak na idiotów. Głośnik, przez to, że kibicował, spadł z biurka i troszeczkę się rozpadł.
- Ał, zgubiły mi się śrubki!
But zlitował się na Wafeliną i kopnął ją tak, że poleciała górą firanki, odbiła się od okna i z hukiem upadła na parapet.
- Jeszcze pięć minut, mamusiu! – powiedziała przez sen Trin.
- Dzięki! – krzyknęła Wafelina do buta.
Komórka miała teraz o wiele większy problem.
- Jak otworzyć to przeklęte okno?! – zapytała.
But odsunął firankę i wskoczył na parapet. Kopnął w klamkę, która pękła, chociaż, gdyby stał po odpowiedniej stronie na pewno otworzyłby okno.
- Stoisz nie po tej stronie! – krzyknęła Tina do buta.
Trampek w stokrotki kopnął w klamkę stojąc z drugiej strony. Okno otworzyło się.
Wafelina wyskoczyło i poleciała na Antarktydę. Miała ze sobą kompas.
- Muszę lecieć na południe! Antarktydo, nadlatuję!
Wafelina bardzo długo leciała do swojego celu. Podróż ją nudziła. Jednak wreszcie doleciała na Antarktydę do indyjskiej stacji Piecyk gazowy. Jak się spodziewała na miejscu spotkała Zimnego Gienka. Był to najstraszliwszy, najgorszy i najbrzydszy telefon świata! Należał do jednego badacza pracującego w stacji. Sprzedał go, a ten chciał się zemścić za wyrządzone krzywdy. Wafelina musiała go powstrzymać przed wysadzeniem stacji.
- Ty nic nie rozumiesz! Muszę się zemścić za to, że mnie sprzedał jakiemuś dzieciakowi, który zaczął mnie rozkręcać! Cudem przeżyłem!
- Nie pozwolę ci na zemstę! Prędzej zjem krokodyla!
Walka była zaciekła. Wafelina, po tym jak dostała jakimś promieniem, włączyła wyświetlacz i oślepiła Zimnego Gienka. Telefon wpadł na wcześniej przygotowaną przez siebie bombę. Nastąpił wybuch.
Rano zabawki obudziły się wcześnie. Wafeliny nie było. Zaczęły się martwić, że coś się nie powiodło w misji. Sprawę pogorszyły podane w wiadomościach zdarzenia. „Na Antarktydzie w indyjskiej stacji Piecyk Gazowy, z nieznanych przyczyn, doszło do wybuchu. Nikt nie przeżył.”
Właścicielka telefonu, Trin, zaczęła przewracać cały dom w poszukiwaniu swojego telefonu komórkowego. Była zła, a jednocześnie załamana.
- Gdzie jest mój kochany telefonik!? – Usiadła na podłodze i zaczęła ryczeć. – Ja chce mój telefonik! Moją Wafelinkę! Mój ukochany sprzęt elektroniczny!
Aparat cyfrowy, komputer, skaner, drukarka, głośniki, myszka, klawiatura i monitor poczuli się urażeni.
Wafelina wróciła cała i zdrowa. Wszyscy się cieszyli.
- Martwiliśmy się o ciebie! – krzyknęła Tina.
- Ale powiedz nam, dlaczego zniszczyłaś stacje? – zapytał głośnik.
- Nie ja ją zniszczyłam, tylko Zimny Gienek! Ale najważniejsze jest to, że go zniszczyłam!
Trin zauważyła swój telefon.
- Wafelinko! – powiedziała, rzuciła się po telefon i go przytuliła.
Nie bić! Błagam nie bić!
Ps.
Wafelina - by Trin
Title: Part 15. - Fanklub?
Date: 2005-08-15
Time: 20:01:43
Comments: skomentuj (4)
Author: Trin
++Uwaga!++
++Autor tego czegoś [nie wiem jak nazwać to "coś"] nie odpowiada za stałe urazy w psychice czytelnika!++
Napisałam notkę. Najprowdopodobniej ostatnią. Mimo, że pomysłów mnóstwo muszę skończyć to pisać. Co prawda możecie protestować, ale nie ma kto. Zawsze możecie mi udowodnić, że jednak ktoś to czyta...
Zgodnie stwierdziliśmy, że przerabianiem scenariusza przedstawienia zajmiemy się jutro. Razem z Nają poszłyśmy do naszego dormitorium. Wchodząc do pomieszczenia przeżyłyśmy szok. Carol, Sally i Tina chyba użyły tornada w puszce, które przy okazji zniszczyło nam dormitorium. Jednak trzy wyżej wymienione panie chyba tym się nie przejęły. Na parapecie stały butelki z jakimiś specyfikami. Carol szorowała podłogę, Tina myła okna, a Sally przesuwała meble, aby pozamiatać. Nieuważny obserwator powiedziałby, że robią porządki, ale uważny obserwator, taki jak ja, czy Naja, powiedziałby, że robią tylko większy bałagan niż był.
- Co tu się dzieje? – zapytałam, gdy wreszcie byłam w stanie coś powiedzieć.
- Sprzątamy, nie widać? – zapytała Sally.
- Widzę tylko jak robicie porządny bałagan – stwierdziła Naja.
- Właśnie wzięłyśmy się do pracy – oznajmiła z dumą Carol.
- O jedenastej w nocy? – zapytałam.
- O! To już tak późno? – spytała zdziwiona Tina.
- Tak. Ej! Gdzie wynosisz te łóżka?! – krzyknęłam za Sally wynoszącą najważniejszy z mebli – łóżko na korytarz.
- A chcesz w nocy wdychać opary tych chemikaliów? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- To gdzie będziemy spać?! – zapytała Naja.
- Jak to gdzie? Na korytarzu – odpowiedziała Tina.
- Nie mam zamiaru spać na tym zimnym korytarzu – oznajmiła Naja.
- Idziemy stąd – rzuciłam do przyjaciółki.
Poszłyśmy do, pustego już, pokoju wspólnego. Usiadłyśmy na fotelach i wpatrywałyśmy w dogasający ogień w kominku.
- Gdzie idziemy?
- Jak myślisz, Mary nas przygarnie? – zapytałam.
- Chodźmy zapytać.
Poszłyśmy.
- Przygarniesz nas? –zapytałyśmy Mary robiąc słodkie oczka.
- Jasne!
Opowiedziałyśmy jej mrożącą krew w żyłach historię o trzech dziewczynach, które postanowiły sprzątnąć dormitorium, w którym m.in. mieszkały Naja M. i Trima Triny P. Chwilę później przyszły cztery współlokatorki Mary.
- Patrzcie dziewczyny!
- Aaaa! To Potter i Moria są w naszym dormitorium!
- Gdzie?! To niemożliwe.
- Co one tu robią?!
Takie jęki zachwytu (a co myśleliście?) padały ust czterech dziewcząt. Razem z Nają spojrzałyśmy na nie z przerażeniem w oczach.
- Co wy tu robicie? – zapytała brunetka o jasnoniebieskich oczach.
- Siedzimy, oddychamy, mrugamy, trawimy, myślimy, innymi słowy wykonujemy wszystkie czynności życiowe – odpowiedziała swoim zwyczajem Naja.
- Podziwiamy was od dawna! Tylko wy robicie takie fantastyczne kawały w tej szkole! – krzyknęła rudowłosa dziewczyna.
- Założyłyśmy wasz fanklub! – powiedziała, najniższa z nich wszystkich, brązowowłosa, a zarazem szarooka dziewczyna.
- Mary, skąd taki kujon jak ty może znać Trimę Triny Potter i Naję Morię? – zapytała ostatni z czwórka, mająca na głowie długie, blond włosy.
Gdyby spojrzenie mogło zabijać już dawno wszystkie cztery byłyby martwe. Mary chyba nie darzyła ich sympatią.
- Po pierwsze żaden kujon, po drugie co cię to obchodzi? – zapytała Mary.
- Dużo! Prowadzimy spis ich znajomych i przyjaciół! – odpowiedziała pani numer cztery.
- Mamy nawet ich drzewa genealogiczne! – krzyknęła dziewczyna numer jeden.
Prawie zemdlałam. Musiałyśmy coś zrobić, żeby wybić im z głowy cały ten fanklub, przecież to bez sensu!
- Dostaniemy wasze autografy? – zapytała szarooka.
- Nie! – krzyknęła wyraźnie poirytowana Naja. Widać ją też zdenerwował fragment o tym całym spisie. – Chodźmy stąd! Błagam! – szepnęła do mnie.
- Popieram! Idziemy stąd dziewczyny! – powiedziałam szeptem do przyjaciółek.
Tak, więc uciekłyśmy z krzykiem. Te wariatki zaczęła nas gonić!
- Biegniemy do chłopaków? – spytałam.
- Po co? Prosić o pomoc?
- Nie, schować się! Gazu!
Z hukiem wpadłyśmy do dormitorium Huncwotów. Od razu przeniosłam zaklęciem łóżko Rogatego zastawiając drzwi. Następnie we trzy padłyśmy na podłogę ciężko dysząc.
- Coś się stało? – zapytał James.
- Nie! Urządziłyśmy sobie maraton! – krzyknęłam sarkastycznie.
- Goni nas nasz fanklub – opowiedziała Naja. Huncwoci zaczęli się tarzać ze śmiechu.
- Co w tym śmiesznego? – zapytała Mary.
Nagle zaczęło się uderzanie we drzwi. Zaczęłyśmy zastawiać wejście resztą mebli. Po chwili w miejscu, gdzie były łóżka zostały tylko tony gratów. Ile oni rzeczy pod tymi łóżkami trzymają?!
- Co tak wali w te drzwi? – zapytał Łapa.
- Umyj uszy, Black! Już mówiłyśmy, że fanklub Triny i Naji!
- Biedna White się wścieka, bo nie ma swojego fanklubu? – zapytał Syriusz.
Wszyscy mieliśmy nadzieję, że niedojdzie do rękoczynów. Przeliczyliśmy się. Syriusz został pobity, jednak postanowił się pojedynkować. To była najgłupsza rzecz jaką kiedykolwiek mógł zrobić. Na szczęście, albo i nie, przeżył i rzucił się na Mary. Co to była za walka! Trwała pięćdziesiąt trzy sekundy. Chyba nie muszę pisać kto wygrał? Biedny Łapa, pobity przez dziewczynę. Jednak mimo wyczynu Mary walenie w drzwi nie ustało.
- James!
- Co?
- Zrób coś z tym!
- Dlaczego ja?!
- Bo my jesteśmy delikatnymi, miłymi, wrażliwymi dziewczynka potrzebującymi pomocy – powiedziałam i wszystkie trzy zaczęłyśmy słodko machać rzęsami.
- Tak, a Łapa jest taki poobijany po spadł mu na głowę fortepian – rzucił James.
- No, czytałam ostatnio w gazecie o niespodziewanych atakach fortepianów na ludzi – rzekła Naja.
- Nie ma mowy – powiedział James.
- Co?! – zapytałam.
- Nie pomogę wam!
- Ty wyrodny bracie! Powiem mamie, że nie chcesz pomóc swojej siostrzyczce! Ale zanim to zrobię osobiście cię pobiję! – wydarłam się na całe gardło.
- Dobra! Pozbędziemy się tego waszego fanklubu, tylko nie bij!
- No!
- To może numer z krokodylem? – zaproponował Łapa.
- Na łeb upadłeś?! Na pewno już go znają!
- E... Skąd? – zapytał James.
- One na pewno nas śledzą i czytają nasze pamiętniki! – krzyknęłam dramatycznie.
- Prowadzicie pamiętniki? – zapytał po raz kolejny James.
- Nie, ale tak brzmiało bardziej dramatycznie – odpowiedziałam.
- To może użyjemy naszych nowych Łajnogarnatów? – zaproponował Peter.
- Łajnogranatów! – poprawił go Łapa.
- Czego?
- No takie coś jak Łajnobomby, tyle, że wyglądają jak granaty.
- A czym różnią się oprócz wyglądu? – zapytała Naja.
- Jeszcze nie wiemy, ale czymś na pewno – opowiedział James.
- E... aha – powiedział niezwykle jak na mnie inteligentnie.
James wziął jeden granat z pudełka, wyciągnął zawleczkę i chciał otworzyć drzwi, a następnie wyrzucić na korytarz. Jednak przypomniało mu się, że wyżej wymienione drzwi są zastawione wszystkimi meblami jakie mieli w dormitorium. Wtedy to broń wymieniona jeszcze przed drzwiami wybuchła mu w ręku. Niestety przeżył. Huncwoci zaczęli tłoczyć się przy wyjściu, a trzy piękne damy znane jako lady White, lady Potter i lady Moria wyciągnęły niewiadomo skąd maski przeciwgazowe i błyskawicznie nałożyły na twarze, żeby nie było wątpliwości: każda na swoją.
- Idiota – mruknęła lady Po... znaczy mruknęłam.
- Jak można było zrobić coś tak głupiego?! – wydarła się Naja.
- Jak wydać można – odpowiedziała Mary.
- Głupota Jamesa nie zna granic – powiedziałam.
- Faktycznie. Dobrze chociaż, że McGonogall tu wpadła.
Usłyszeliśmy walenie do drzwi, w tym odcinku wymienionych jakieś dwadzieścia sześć razy, a zaraz potem głos naszej ukochanej profesorki.
- Potter, Black, Lupin, Pettigrew! Otwierać te drzwi!
Potter i spółka z.o.o. odstawili meble na swoje miejsce.
- Co to za hałasy?! I co tu tak cuchnie?!
- Cuchnie? Ja nic nie czuję, a ty, Łapa? – James udawał durnia, chociaż w zasadzie nie musiał.
- Ja też nic nie czuję, James – Syriusz poparł swojego przyjaciela, przez niektórych nazywanego moim bratem, jednak dementuję te plotki.
- Macie szlaban! Wszyscy czterej! Jutro o osiemnastej w moim gabinecie! – krzyknęła i wyszła.
Najwyraźniej Mary, Naji i mnie nie zauważyła, bo grzeczniej i cicho schowałyśmy się w kącie dormitorium.
- Przynajmniej wasz fanklub uciekł – powiedział do nas Łapa. Jednakowoż pośpieszył się trochę z tym stwierdzeniem.
Cztery żądne krwi i autografów, bardziej autografów, gryfonki wpadły dormitorium panów P., B., L. i P. Zaatakowały biedne, bezbronne, małe, wrażliwe, delikatne i urocze dziewczynki, znane jako Triny i Naja.
- Pomocy! – wydarłyśmy się.
Tłum porwał nas, dosłownie. Nim się obejrzałyśmy byłyśmy w dormitorium Mary. Ja i Naja byłyśmy związane, siedziałyśmy na podłodze placami do siebie. Mary również związały, ale zamknęły w szafie. Światło zgasło.
- Ja się boję! – szepnęła do Naji.
- Chcę do mamusi!
Zapalono jakąś latarkę i świecono nam nią po oczach. Zwariowały?! A jak przez nie oślepnę?! Kto mi wypłaci odszkodowanie?!
- Od kiedy znacie niejaką Mary White? – zapytała któraś z nich.
- A skąd mam wiedzieć?! Co ja jestem?! Wróżka jakaś czy co?! – wydarłam się.
- Musimy wiedzieć! – krzyknęła inna.
- Wypuście nas! – wydarła się Naja.
Z szafy dobiegły jakieś niezidentyfikowane dźwięki.
- Najpierw musimy się dowiedzieć o was wszystkiego! – krzyknęły napastniczki.
- No to e... śpię z maskotką – owcą, która nazywa się Polly – Holly*. Wystarczy? – zapytałam.
- Jakiego jest koloru?
- Ile ma centymetrów wysokości?
- Ma prawdziwą wełnę?
- To on czy ona?
Fanklub zalał mnie gradem pytań. Trzeba się ich pozbyć raz na zawsze.
- Dostaniemy autografy? – zapytała wszystkie cztery.
Wyciągnęły zdjęcia. Każda inne. Przyjrzałam się pierwszemu. Prawie umarłam na zawał. Na tym zdjęciu byłam ja! Jakby tego było mało wisiałam przy suficie! Nie!
*Maskotka autentyczna. Stoi u mnie w pokoju na półce.
Title: Part 14. - "Zemsta"
Date: 2005-06-30
Time: 18:02:59
Comments: skomentuj (4)
Author: Trin
++Uwaga!++
++Autor tego czegoś [nie wiem jak nazwać to "coś"] nie odpowiada za stałe urazy w psychice czytelnika!++
Szczerze powiedziawszy zastanawiam się po co to piszę, po co męczę się z wymyśleniem czegoś nowego, przecież i tak nikt tego nie czyta. Równie dobrze mogę sobie pisać na kartce i chować do szuflady. Przeciętne opowiadanie o Lily Evans czyta więcej osób. Dobra, okey, mój pomysł też nie był zbyt oryginalny, ale co ja na to poradzę? Przestanę to pisać i zabiorę się za powieść o telefonie komórkowym ratującym świat. To nawet niezły pomysł! I jaki oryginalny! Następnym razem możecie się spodziewać opowieści o telefonie komórkowym ratującym świat, a nie o Trimie T. Potter...
1 grudnia 1974
Biegałam po Pokoju Wspólnym, udawałam, że mam miecz świetlny i wydawałam z siebie dźwięki podobne do tych pojawiających się, gdy macha się mieczem.
- Gorzej ci? – zapytał Rogaty.
Zrobiłam „ciach” i „obcięłam” bratu rękę moim mieczem. James spojrzał na mnie jak na wariata. W międzyczasie przyszła Naja i Mary.
- O! Triny ma miecz świetlny!
- Co ma?!
- Rogaty, idioto, co ty Gwiezdnych Wojen nie oglądałeś?! – zapytałam.
- Nie chcę was martwić, ale Gwiezdne Wojny jeszcze nie powstały – mruknęła Mary.
- Kurcze, a szkoda – powiedziała Naja.
- Ja się tak nie bawię – mruknęłam.
- Przykro mi – rzekła Mary W.
- Auć! – krzyknął Rogaty.
- Co się stało? – zapytała Naja.
- Dostałem ogórkiem w głowę! To był zamach na moje cenne życie!
- Nie sądzisz, że masz zbyt duże mniemanie o sobie, braciszku? – zapytałam.
- Skąd tu ogórek? – zapytała Mary.
- A skąd mam wiedzieć? – zapytała Naja.
James obejrzał się za siebie.
- To ona! – krzyknął.
- Jaka „ona”?! Zaczynasz bredzić, braciszku.
- To ta dziewczyna, która nagadała McGonogall głupot!
Szybko podbiegłam do niej.
- Hej! – krzyknęłam.
- Cześć – mruknęła zaskoczona.
- Dziewczyno! Ty jesteś genialna!
- Co? – zapytała z przerażeniem w oczach. W końcu jeśli Trima Triny Potter mówi tak do ciebie, to znaczy, że z nią jest coś nie tak, nie?
- Tylko najtęższe umysły świata potrafiłyby wymyślić tak genialny plan! W dodatku w ogóle się przy tym nie męcząc! – powiedziałam.
- Ale o co ci chodzi?!
- Pamiętasz może, gdzie znalazłaś Huncwotów dwudziestego czwartego listopada?
- Nie?
- W damskiej toalecie.
- Więc o to ci chodzi!
- To było wspaniałe! Trima Triny Potter – przedstawiłam się.
- Penelope Fine, miło mi – mruknęła.
- To do zobaczenia!
Poszłam z powrotem do Naji, Mary i Jamesa.
- Jak możesz rozmawiać z wrogiem?! – krzyczał Rogaty.
- Jakim wrogiem? – zapytałam.
- Przecież wiesz co powiedziała McGonogall! Musimy się zemścić!
- Chcesz wystawić sztukę Fredry?
- Co?!
- Alexander Fredro napisał „Zemstę”.
- A co to ma do rzeczy?!
- Nic? – zapytała Naja.
- Mam plan – oznajmiłam ze złowrogim uśmiechem.
***
Naja zauważyła Penelope i jej przyjaciółki. Musiała teraz je czymś zająć.
James zastanawiał się właśnie skąd wziąć krokodyla.
Syriusz zbierał właśnie maliny, bo chciał zostać żoną Kirkora, eee... znaczy szukał sznurka.
Mary próbowała otworzyć tajny schowek Carol, o którym wiedziała tylko jego właścicielka.
Remus zastanawiał się, gdzie znaleźć przebrania krokodyli, sztuk: siedem.
Peter właśnie siedział i rozmyślał nad swoim zadaniem: „siedzieć i nie przeszkadzać”.
A ja uczyłam się na pamięć fragmentu sztuki Fredry.
Przynajmniej tak miało być według planu.
1 grudnia 1974, 19:20, dormitorium Penelope Fine
Zebraliśmy się już wszyscy, nie licząc Naji, która musiała zająć czymś Penelope, siedzieliśmy w dormitorium panny Fine. Nie pytajcie jak chłopaki tam weszli, bo nie mam bladofioletowego pojęcia. James i Syriusz próbowali związać paszczę krokodyla sznurkiem Syriusza (biedny krokodyl). Remus w tym czasie pokazywał piękne stroje krokodyli, które zostały już wybrane przez każdego (jeden wzięłam dla Naji). James szybko złapał jeden z dwóch strojów.
- Co?! Ja mam założyć jakąś durną sukienkę i latać z dzbankiem plastikowych malin?! – zapytał Łapa.
- Przykro mi. Było tylko sześć strojów krokodyla – powiedział Remus.
Gdy wszyscy się przebrali zaczęliśmy się... malować. O, zgrozo! Mówi się trudno. Jedyną pociechą było to, że Rogaty został pomalowany na wściekły róż. Syriusz ćwiczył podskoki z dzbankiem plastikowych malin. Naja właśnie wpadła do dormitorium, miała kilka chwil na przygotowanie się, ale od czego są zaklęcia?!
Penelope weszła do swojego ciemnego dormitorium. Usłyszała muzykę, poznała, że to jezioro łabędzie. Nagle zapaliło się światło. Skierowane było na Syriusza przebranego za...
- Jam Alina! Siostra Balladyny! – krzyknął cienkim głosem i zaczął podskakiwać z dzbankiem plastikowych malin.
Za „kulisami” tarzaliśmy się ze śmiechu.
- Co znaczy ten śmiech okropny? siostro! czy ty chora?
Jeżeli wielkiej doznajesz rozpaczy,
To powiedz... Ale ty kochasz Kirkora?
Ty bardzo kochasz? Siostro! powiedz szczerze!
Bo widzisz, rybko, są inni rycerze,
Jak będę panią to ci znajdę męża...*
- Ja nie mogę! – tarzałam się już po podłodze.
Alina wysypała na Penelope cały dzbanek plastikowych malin. Syriusz wycofał się w cień. Teraz pora na nas. Wyszliśmy wszyscy i zaczęliśmy tańczyć jezioro łabędzie. Naja, ja, Mary, James, Remus i Peter wywijaliśmy piękne piruety. Sceną rządziło sześć umalowanych krokodyli. Szczerze mówiąc strasznie dziwił mnie fakt, że Penelope jeszcze nie uciekła. Widać ma stalowe nerwy. W tej chwili Syriusz puścił krokodyla, który miał obróżkę, z napisem „Misia”, i smycz. Złapałam Misię. Reszta usunęła się w cień. Teraz razem z Misią wywijałam piruety.
- Zaś śmiałości – w tym sposobie
Da mi dowód, kto dać zechce:
W oddalonej stąd krainie
Jadowity potwór słynie,
Najmężniejszym trwogą bywa –
Krokodylem się nazywa.
Niech go schwyci i przystawi,
Moje oko nim zabawi;
Bom ciekawa jest nad miarę
Widzieć żywą tę poczwarę.
To jest wolą niewzruszoną.
A kto spełni, co ja każę,
Ten ożeni się z Aliną,
Nie tą wredną Balladyną!**
Kiedy skończyłam mówić wszystkie krokodyle i Alina zaczęły tańczyć. Cofam to co powiedziałam wcześniej, Penelope wcale nie ma stalowych nerwów, gdy skończyliśmy zemdlała.
Ściągnęliśmy maski.
- Dobrze poszło – powiedział James.
- Powinniśmy założyć kółko aktorskie – stwierdziła Naja z dumą.
Nasze zachwycanie się sobą przerwało wejście koleżanki Fine. Zaraz potem przyszła z profesor McGonogall.
- Co tu się stało?! – zapytała opiekunka naszego domu.
- My tylko... – chciałam wyjaśnić całą tę aferę.
- Marsz do dyrektora!
Co mieliśmy zrobić?! Posłusznie poszliśmy za McGonogall.
1 grudnia 1974, 21:20, Gabinet dyrektora
- Więc tylko zrobiliście przedstawienie? – zapytał dyrektor.
- Tak, panie profesorze – odpowiedzieliśmy grzecznie.
- Może zaprezentujecie mi to co przegapiłem? – dyrektor zadał kolejnie pytanie.
- To chyba nie jest najlepszy pomysł – stwierdził James.
- A może jednak dowiem się czemu panna Fine zemdlała?
- No dobrze – mruknęliśmy.
Najpierw musieliśmy wszystko przygotować. Trochę to zajęło. Zrobiliśmy to co mieliśmy zrobić, powiedzieliśmy co mieliśmy powiedzieć, a dyrektor w trakcie przedstawienia się śmiał.
- Bardzo ciekawe to wasze przedstawienie, może dropsa?
Sięgnęliśmy do torebki wypełnionej cytrynowymi dropsami.
- Może wystawilibyście swoją sztukę przed całą szkołą, szóstego grudnia, co?
- A nie dostalibyśmy wtedy szlabanu? – zapytał podejrzliwie James.
- Oczywiście, że nie.
- To możemy wystawić, prawda? – zapytał nas James. Pokiwaliśmy tylko głowami.
- To załatwione! – powiedział uradowany dyrektor.
1 grudnia 1974, 22:40, w drodze do wieży Gryffindor’ u
- Wolałabym roczny szlaban niż wygłupienie się przed całą szkołą! – powiedziałam.
- Spróbuj wyobrazić sobie miny Ślizgonów jak nas zobaczą! – krzyknęła Naja.
- Nie dadzą nam żyć! – krzyczał Łapa.
- Możemy trochę to przedstawienie troszeczkę przerobić – mruknął chytrze James.
Już nikt nie miał wątpliwości, że wystawienie naszej „sztuki” przed całą szkołą to dobry pomysł, to bardzo dobry pomysł. Kilka przeróbek i wszyscy zapamiętają to przedstawienie. W szczególności Ślizgoni, w szczególności.
*fragment „Balladyny” J. Słowackiego.
**fragment „Zemsty” A. Fredry, końcówkę trochę przerobiłam.
Title: Part 13. - Makijaż...
Date: 2005-05-15
Time: 20:33:43
Comments: skomentuj (4)
Author: Trin
++Uwaga!++
++Autor tego czegoś [nie wiem jak nazwać to "coś"] nie odpowiada za stałe urazy w psychice czytelnika!++
Dawno ni nie pisała, ale to z braku czasu i pomysłów. No cóż, ale najważniejsze jest to, że jestem i wstawiam tę notkę, co na pewno jest spełnieniem marzeń nirktórych z was. Ależ ja skromna.
Dedykowane:
- Naji, bo tak
- Sebkowi, bo jako pierwsza znana mi osoba skojarzył się z tekstem "Brałyście coś?"
Notkę czas zacząć:
- Huncwoci to idioci. O! Nawet się rymuje! – powiedziałam, gdy razem z Diną, Nają i Mary wróciłyśmy do Pokoju Wspólnego.
- Pewnie nadal tam siedzą i wołają o pomoc – zarechotał Dina.
- Tak, może i zamknęłyśmy drzwi zaklęciem, ale różdżki leżą na parapecie w łazience, w której siedzą – stwierdziła Mary.
- Kretyni. – Naja pokręciła z politowaniem głową.
Huncwoci vel. idioci vel. kretyni zjawili się jak na zawołanie.
- Wiesz jakie upokorzenie przez was przeżyliśmy?! – krzyczał Rogaty
- Jakie? – zapytałyśmy zainteresowaniem.
- A w zasadzie jak się wydostaliście? – zapytała Dina.
- Pytasz: jak się wydostaliśmy?! To była najgorsza rzecz w całym moim życiu! Dziewczyna nas uratowała! – histeryzował Łapa.
- A jakby tego było mało związała nas magicznym sznurem i zaciągnęła do McGonogall! – wrzeszczał James.
- Naopowiadała jej niestworzonych rzeczy o nas! Niby to ona widziała jak się w babskiej łazience malujemy! Przysięgała, że zobaczyła nas ubabranym czerwoną szminką! Tylko Lunia oszczędziła! Mówiła, że zanim weszła słyszała jak krzyczał na nas, żebyśmy się malować przestali! – kontynuował opowiadanie tej przygody Łapa.
- McGonogall dała nam miesięczny szlaban i odjęła Gryffindorowi punkty, ale nie to jest najgorsze! Powiedziała, że jutro cała szkoła dowie się o naszym skandalicznym zachowaniu! – zakończył Rogaty.
Cztery osobniczki znane jako Najana Moria, Trima Triny Potter, Dina Shine i Mary White jak na komendę wybuchły niepohamowanym śmiechem, zaczęły tarzać się po podłodze i walić w nią pięściami, które wcześniej próbowały wsadzić do ust, aby zatamować śmiech. Nie jedna osoba zareagowałaby na to pytaniem: „Brałyście coś?”. Jednak takie pytanie nie padło.
- Z czego się śmiejecie?! – zapytał James „Rogaś” Potter. Odpowiedział mu tylko głośniejszy wybuch śmiechu.
- Dziewczyny! Pomóżcie nam! – błagał Syriusz.
- Niby jak? – zapytałam i zaczęłam się znowu śmiać.
- Powiedzcie McGonogall prawdę! – Niespodziewanie nastała cisza.
- A po co i co to da? – zapytała Naja.
- Może wtedy nie powie o głupstwach tej dziewczyny!
- Zamknęłyśmy was tam, to prawda, ale to nie wyjaśnia dlaczego się malowaliście – stwierdziła Mary
- Nie malowaliśmy się! – zaprotestował Peter.
- Dobra, dlaczego niby się malowaliście – poprawiła się Mary.
- Teraz przynajmniej wiemy co wam kupić po choinkę! – krzyknęła Dina.
- Tak, zestaw do malowania – powiedziałam.
- Przestańcie! Postawcie się w naszej sytuacji – rzekł Rogaty.
- Tak, na pewno dostałybyśmy szlaban za malowanie się, tak, to pewne – powiedziałam z udawaną powagą.
- Jesteście okrutne – powiedział Syriusz.
- Wiemy.
- A jak padniemy przed wami na kolana, to nam pomożecie? – zapytał Łapa.
- Nie wiem, ale zawsze możecie spróbować – powiedziałam i wyszczerzyłam się.
75 % Huncwotów padło na kolana. Jedynym, który nadal stał był Remus, przecież on tylko próbował powstrzymać kolegów przed tym przestępstwem.
- To pomożecie? – zapytał błagalnie Peter.
- Nie – powiedziałyśmy wszystkie naraz.
- Triny! Nie możesz być aż tak okrutna! – rzekł James.
- A chcesz się założyć? – zapytałam.
Klęczący wstali.
- Czyli nam nie pomożecie? – zapytał inteligentnie Łapa.
- Wow, aleś ty spostrzegawczy, Black – zakpiła Mary.
- Ale my tak ładnie prosimy – powiedział Rogaty.
- A co za to dostaniemy? – zapytała Naja.
- Cholerne materialistki – mruknął James.
- Możemy wam udzielać korepetycji! – zaproponował Syriusz.
- A po co nam korepetycje? – zapytała Dina.
- Z księżyca spadłeś, Black? Rozmawiasz z najzdolniejszymi uczennicami Hogwartu! – krzyknęła Mary, najwyraźniej mówiła tylko o sobie...
- Dobra, pomożemy wam, ale kiedy was o coś poprosimy macie to zrobić. Przysługa za przysługę, jasne? – zapytała.
- Przysługę?! Toż my im życie ratujemy! – odezwała się Dina.
- Hm... cztery przysługi za uratowanie życia, pasuje? – zapytałam.
- No, dobra – zgodzili się niechętnie.
- To umowa stoi.
25 listopada 1974, 8:02, niedziela, gabinet profesor McGonogall
- W takim razie po co ich tam zamknęłyście? – zapytała pani profesor.
- Chciałyśmy trochę ulżyć uczniom i nauczycielom Hogwartu. Wszyscy już pewnie mieli dość ciągłych wybuchów i kawałów. Chciałyśmy trochę ulżyć społeczeństwu, więc zamknęłyśmy ich w toalecie – zaczęłam wymyślać już największe głupoty, aby wyjaśnić McGonogall po co zamknęłyśmy ich w damskiej, różowej łazience.
- Dobrze, niech wam będzie i wiedzcie, że doceniam ten gest, ale to nie wyjaśnia dlaczego się tam malowali! – krzyczała nauczycielka transmutacji i zastępca dyrektora.
- Oni się tam nie malowali, po prostu ta dziewczyna co ich tu przyprowadziła chciała im zrobić głupi kawał i tak pani powiedziała – wtrąciła się Naja.
- Macie jakieś dowody? – zapytała McGonogall.
- Skąd mogli wziąć kosmetyki według pani, pani profesor? – zapytałam grzecznie.
- Twój brat mógł je zabrać tobie, Potter – odpowiedziała zastępczyni dyrektora.
- Ale widzi pani, pani profesor, ja nie posiadam takowych – odpowiedziałam. – Jedyna osoba, która się maluje, a James ją zna to Carol. Jednak moja i Naji współlokatorka trzyma je dobrze zamknięte w desce pod podłogą, o której wie tylko ona.
- Niech wam będzie. Black, Potter nie cieszcie się, bo szlaban i tak nie zostanie odwołany!
- Ale za co dostajemy ten szlaban? – zapytał James.
- Za zakłócanie ciszy nocnej! A teraz do widzenia – powiedziała McGonogall, a my po cichutku wyszliśmy z jamy potwora eee... z gabinetu profesor McGonogall, znaczy.
25 listopada 1974, 9:40, niedziela, Pokój Wspólny
- Jak my się wam za to odwdzięczymy?! – zapytał James.
- Hm... zróbcie nam manikiur i pedikiur, masaż kręgosłupa i stóp, lećcie do Hogsmeade po słodycze z Miodowego Królestwa, po kremowe do Trzech Mioteł i kupcie nam też jakieś drogie prezenty, wartości powyżej sześciu galeonów, a może jeszcze... – chciałam dalej wymieniać jak mogą nam się odwdzięczyć, ale mi brutalnie przerwano.
- Co?! I jeszcze czego?! Może jeszcze stopy umyć, co?! – wrzeszczał James.
- Jak chcecie to i to możecie zrobić – powiedziała Naja, po czym się wyszczerzyła.
- Za jakie grzechy? Za jakie grzechy muszę mieć taką wredną siostrę, z równie wrednymi przyjaciółkami? – pytał James.
- Nie wiem za jakie, ale na pewno za ciężkie – odpowiedziałam na jego pytanie.
- Ha, ha, ha... bardzo śmieszne!
27 listopada 1974, 1:02
- Czas rozpocząć akcję „WC” – powiedziałam cicho do dziewczyn.
- Dobra. Mary, masz kosmetyki Carol? – zapytała Naja
- Mam.
- Dina, masz zaczarowany aparat na podczerwień, który działa bezszelestnie?
- Mam.
- Na podczerwieni będzie w ogóle widać skutki naszej akcji? – zapytałam.
- Nie wiem, ale zdjęcia zawsze możemy poprawić zaklęciem – powiedziała Naja.
- Racja – powiedziałam.
27 listopada 1974, 1:06, wtorek, Dormitorium Huncwotów
- Jakim kolorem Blackowi usta pomalować – usłyszałam głos Mary.
- Najlepiej czerwonym, ale takim bardzo czerwonym! – odpowiedziała Naja szeptem.
- A który to? Nic nie widzę w tych ciemnościach!
- Zrób wyliczankę!
- Jasne! Na pewno trafię!
- Co myślicie o Rogatym pomalowanym na wściekło różowo? – zapytałam.
- Nie, no. Po prostu bosko.
- Jak myślicie, czy Peterowi do twarzy będzie z mocno zielonym cieniem do powiek? – zapytała Naja i cicho się zaśmiała.
- A kij z tym! Jak będzie tak będzie! – odpowiedziałam.
- O! Wściekło pomarańczowy cień do powiek! – powiedziała Dina.
- To ty widzisz coś w tych ciemnościach?! – zapytałyśmy ja, Naja i Mary.
- Jasne, a wy nie?
- Przemilczmy tę sprawę. Dina zrób im zdjęcia i spadamy! – zarządziłam.
Akcja „WC” (Wnerwić Chłopaków) zakończyła się pełnym sukcesem!
27 listopada 1974, wtorek, 8:03, Pokój Wspólny
W Pokoju Wspólnym było słychać wielki śmiech. Uczniowie gromadzili się pod tablicą ogłoszeń. Ze swojego dormitorium właśnie wyszli Huncwoci. Ja, Naja, Mary i Dina obserwujemy to wszystko z ukrycia. Chłopaki najwyraźniej nigdy rano nie patrzą ani w lustro, ani nawzajem na siebie. Nie, no! To trzeba ślepym być, żeby nie zauważyć tego makijażu! Ale wracając do relacji na żywo z Pokoju Wspólnego. Rogaty, Łapa, Lunio i Glizdogon idą właśnie dowiedzieć z czego śmieją się uczniowie stojący pod tablicą z ogłoszeniami. Wepchnęli się pomiędzy uczniów i zaczęli czytać ogłoszenie przypięte na samej górze.
„Reporterki Trima Triny P., Naja M., Mary W. i Dina S. postanowiły udowodnić bardzo wstrząsający fakt. Mianowicie to, że czterej panowie, będący Gryfonami, malują się, a makijażu nie zmywają na noc. Udało im się nawet zrobić im zdjęcia aparatem na poczerwień. Są to (od lewej) Syriusz B., Remus L., James P. i Peter P., wszyscy czterej znani są jako Huncwoci. Jeśli ktoś zauważy ich w makijażu w biały dzień prosimy o niezwłoczny kontakt z nieustraszonymi paniami.
Trima Triny P., Naja M., Mary W., Dina S. ”
Huncwoci ze strachem w oczach zobaczyli zdjęcia i szybko próbowali uciec, to ich zdradziło, wszyscy pod tablicą ogłoszeń zauważyli, że to oni są na zdjęciach i próbowali ich złapać. Tłum uczniów wykonał to zadanie bez większych problemów, panowie zostali związani. Wtedy postanowiłyśmy wkroczyć do akcji.
- Co tu się dzieje? – zapytałam spokojnie.
- Mamy tych ze zdjęć! – powiedział jeden z uczniów.
- Dziękujemy za niezwłoczną interwencję – powiedziała Naja.
- Już my sobie z nimi poradzimy! – krzyknęła Mary.
- A teraz rozjeść się! Przedstawienie się skończyło! – wrzasnęła Dina, a wszyscy posłusznie się rozeszli.
- Zabiję, zniszczę, pobiję, przerobię na pasztet...
- Nie rozpędzaj się braciszku! To był tylko niewinny kawał!
- Byłoby gorzej, gdy przyszła tu teraz McGonogall – uśmiechnęłam się.
Jak na zawołanie pojawiła się kochana pani profesor.
- Co to ma być?! Black, Potter, Pettigrew i Lupin macie szlaban do odwołania! – krzyknęła McGonogall i wyszła.
- Co się tak gapicie?- zapytała Naja.
- No właśnie. Skąd mogłyśmy wiedzieć, że rano nie patrzycie w lustro?! – spytałam.
- Ani nawet nie patrzycie na siebie! – krzyknęła Mary.
- To nie nasza wina! – broniła nas Dina.
- Sami jesteście sobie winni!
- Oj, dobra! To wszystko nasza wina! Rozwiążcie nas! – wydarł się James.
- Późno się robi, chodźmy na śniadanie! – zaproponowałam.
- Jasne.
- Dobry pomysł.
- Zgadzam się.
We cztery wyszłyśmy z Pokoju Wspólnego i skierowałyśmy się do Wielkiej Sali. Jednak zdążyłyśmy jeszcze usłyszeć pewną opinię o nas.
- Jesteście bez serca! – wydarł się James.
Title: I etap konkursu!
Date: 2005-04-11
Time: 15:50:36
Comments: skomentuj (6)
Author: Trin
++Uwaga!++
++Autor tego czegoś [nie wiem jak nazwać to "coś"] nie odpowiada za stałe urazy w psychice czytelnika!++
Więc razem z Nają postanowiłyśmy, że do pierwszego etapu dostają się wszyscy, którzy wkleili znaczek.
Przyjęci:
http://lizzyblack.mylog.pl
http://kas-huncwotka.mylog.pl
http://magic-wolfer.mylog.pl/
http://susie-garai.mylog.pl
http://lajla-milvertone.blog.pl/
http://evans.mylog.pl
http://kitty-potter.blog.pl
http://ellen-potter.blog.pl/
http://susan-malfoy.mylog.pl
http://www.mysienia.blog.pl
http://shiori.mylog.pl
http://lilka-evans.mylog.pl
http://hermionka1991.mylog.pl
http://hermi-pamietnik.mylog.pl
http://nancy-lupin.mylog.pl
http://diary-amy-lee.mylog.pl/
Uwagi:
http://eledness.blog.pl -"Blog o podanym przez ciebie adresie nie istnieje..."?
Jeśli chodzi o etap number zwei ;) to tak:
8 blogów oceniam ja (Trin)
8 blogów ocenia Naja
Biada tym, którzy wpadną w moje łapki! Buahahahaha!